Pierwszy, pierwsza, pierwszy
Pierwszy, pierwsza, pierwszy

     Kiedy zjawiliśmy się na łowisku, Władek z małżonką już siedzieli przy karpiówkach. Gospodarz nieraz opowiadał o ich karpiowych sukcesach. Na tym łowisku z pewnością byli bezkonkurencyjni.



Pierwszy „prawdziwy” karp . Maj 2007


     Choć na tym łowisku  bywaliśmy dość często, ta wyprawa wędkarska  miała okazać się inna od poprzednich.. Dotychczas na tamtejsze karpie zasadzałem się ze spławikiem, lub ze sprężyną. Tym razem na moich zestawach znalazły się ciężarki 85g i przypony z włosem. Arsenał moich przynęt  był jeszcze wyjątkowo skromny, ale przygotowałem dla miśków coś specjalnego – własnoręcznie ukulane, poddane obróbce w mikrofali kulki z Carpano. Niektóre były trochę za  bardzo zarumienione, ale za to w wodzie zachowywały się rewelacyjnie.


     Kiedy zjawiliśmy się na łowisku, Władek z małżonką już siedzieli przy karpiówkach. Gospodarz nieraz opowiadał o ich karpiowych sukcesach. Na tym łowisku z pewnością byli bezkonkurencyjni. Mieli na rozkładzie największe z pływających w  tej wodzie ryb. Imponowało mi, że potrafili siedzieć przy wędkach bez przerwy. Nie korzystali jak my ze stołówki i zawsze choćby jedno z nich pilnowało wędek. Zielony parasol zawsze stał w tym samym, ulubionym ich miejscu przy stercie cegieł, pod brzózkami. Z sąsiadami  dość szybko się poznaliśmy, a ja dostałem kilka ciekawych rad dotyczących łowiska i zachowań tamtejszych karpi. Oni swoje zestawy ulokowali w zatoce, a ja zarzuciłem przed siebie, właściwie na środek stawu.


     Krysia poszła do pokoju, partnerka Władka również się oddaliła. Na wodzie panowała kompletna cisza. Jak zwykle w takich sytuacjach byłem zajęty oglądaniem otaczającej przyrody, gdy zupełnie niespodziewanie odezwał się mój sygnalizator. Siedziałem blisko wędek, więc stosunkowo szybko zareagowałem i po chwili holowałem swojego pierwszego, złowionego na karpiowy zestaw „olbrzyma”, Mój Robinson Lumix wyginał się przepięknie, a ja modliłem się, żeby nie stracić tak wspaniałej ryby. Moja walkę obserwował, oczywiście ze stoickim spokojem Władek i  kiedy nadszedł czas, fachowo podebrał moją zdobycz. Ryba wydawała mi się przeogromna i przepiękna. Waga wskazała całe 5kg i co równie ważne był to wyjątkowej urody karp pełnołuski. Byłem dumny jak paw. Na zakończenie wspólnej zasiadki otrzymałem od sąsiada znad wody prezent w postaci kilku stoperów Kordy. Te malutkie kawałki plastiku miały wtedy dla mnie wartość drogocennych kamieni.

 

 

 

 

Pierwsza samodzielna zasiadka. Październik 2007


     Niedługo po tym, jak zacząłem trochę na wyrost nazywać siebie karpiarzem, dowiedziałem się o pobliskim łowisku komercyjnym, w którym żyją sporej wielkości karpiska. Oczywiście niezwłocznie przeprowadziłem rekonesans.  Niewielkie, ładnie położone i stosunkowo łatwe łowisko miało stać się celem moich krótkich jesiennych wypadów. Regulamin pozwalał tam łowić od świtu do zmierzchu, ale wtedy zupełnie mi to nie robiło różnicy. Jazda samochodem zajmowała kilkanaście minut, mogłem więc wyskoczyć tam nawet po pracy. Był koniec października, słonko zachodziło coraz szybciej. Zdawałem sobie  sprawę, że chcąc jeszcze do końca  sezonu  coś ciekawego złowić, muszę się sprężyć.

 

     Przyszła sobota.  Nad stawem zjawiłem się jako jeden z pierwszych. Czułem się nieco nieswojo, ale szybko zabrałem się do roboty. Wybrane przeze mnie stanowisko znajdowało się nieopodal drewnianego klopika, pod kilkoma ogromnymi drzewami. Szybko rozstawiłem parasol i rozłożyłem statyw z karpiówkami. Zaparzona poprzedniego dnia kukurydza i sypka zanęta  trafiły do wiadra. Uformowałem kilka kul wielkości pomarańczy i ulokowałem je w upatrzonej części zbiornika . Byłem jedynym karpiarzem na łowisku, pozostali  to spławikowcy i feederowcy.  Przez kilka godzin na wodzie nic się nie działo. Sporadycznie wyciągane przez innych wędkarzy niewielkie karasie nie robiły na mnie jakiegokolwiek wrażenia. Ja czekałem na dużą rybę. Byłem przekonany, że moja aromatyczna zanęta i dipowana kukurydza na włosie muszą przynieść efekty. Nie mówiąc już o równiutko ustawionych na rodpodzie  wędeczkach i karpiowych niedawno zakupionych kołowrotkach, które powinny właściwie same łowić.


     Gdy tak rozmyślałem o zanętach, przynętach i sprzęcie nagle zapiszczał jeden z moich Videotroniców. Adrenalina skoczyła na maxa. Nie potrafię opisać zarówno  momentu zacięcia, jaki i holu mojego karpia  Brzeg był stosunkowo stromy i śliski, ja postanowiłem własnoręcznie podebrać rybę. Trochę musiałem się pogimnastykować, zanim zdobycz wylądowała na macie. Obok mnie nie było nikogo, kto mógłby mi zrobić pamiątkową fotkę., ciemnobrązowy karpiszon z rzędem łusek na grzbiecie  trafił więc do worka. Zanim nieco ochłonąłem, ku mojemu zdumieniu nastąpiło kolejne branie. Tym razem był to wspaniały pełnołuski, z pięknie ubarwionym ogonem. Wkrótce znalazłem kogoś, kto uwiecznił moją pierwszą samodzielną karpiową zasiadkę, a ja spełniony, myśląc już o kolejnej wyprawie mogłem wrócić do domu na zasłużony obiad. To, że złowione wtedy przeze mnie karpie nie miały więcej niż 6kg było sprawą absolutnie drugorzędną. 

 

 

 

 

Pierwszy dwucyfrowy. Listopad 2007

 

     Był pierwszy dzień listopada i właśnie wróciłem z cmentarza. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie nad wodę. Na łowisku byłem ok. 13.00. Niezbyt ciepło, choć słonecznie (ja w cieniu), dość silny boczny wiaterek. Jeszcze nęcenie, statyw, montaż zestawów i zrobiło się ok. 13.30. Byłem dziwnie spokojny, że będzie to bardzo krótkie, ale udane karpiowanie. Tam łowi się do zachodu słońca, więc miałem niewiele czasu. Na łowisku byłem sam. Po godzinie przyjechało jeszcze dwóch wędkarzy - sprężynowców. Około 14.00 sygnalizator zaśpiewał i po krótkim holu na brzeg trafiła trójeczka (a może jeszcze mniej). Nawet nie ważyłem. Buzi i do wody.

     Markera miałem ustawionego w odległości, na jaką mogłem ręką dorzucić kulą zanętową.  Coś mi podpowiadało, że miśki mogą buszować trochę dalej i to wcale nie bezpośrednio w mojej zanęcie. Zwinąłem wędkę z markerem i jeden z zestawów ulokowałem dalej. Na włosie dwa ziarna kuku i sztuczny pop-up (małż). Nie minęło 15 min, kiedy na niedawno przerzuconej wędce swinger nagle podskoczył i usłyszałem piękny, ciągły dźwięk buzzera. Po przytrzymaniu szpuli podniosłem dość energicznie wędkę. Poczułem, jakbym złapał zaczep. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie ruszyć zestawu z miejsca. Wygięta w pałąk karpiówka zamarła w bezruchu. Myślałem, że zacięty karp wszedł w jakąś zawadę i trudno będzie go ruszyć. Potem nastąpiło coś zupełnie nieoczekiwanego. Poczułem, jakby minimalnie mniejszy opór, podpompowałem delikatnie i po pewnym czasie na powierzchni wody zauważyłem jakby ogromny wir. Wiedziałem, że moja zdobycz podeszła do powierzchni, choć nie zbliżyła się do brzegu ani o metr. Pomyślałem przez chwilę, że tak często robi duży szczupak. Wygięty w pałąk daję się podnieść do powierzchni właściwie nie wykonując żadnych ruchów. Ale potem następuje atak. Moja ryba też po chwili zaatakowała. Żyłka zaczęła wyraźnie przesuwać się w bok, a ja słyszałem tylko dźwięk hamulca i patrzyłem na ubywającą ze szpuli żyłkę. Po kilkudziesięciu metrach ryba zmieniła taktykę i obrała kierunek na mnie. Po chwili zrobiła jednak nawrót i wtedy zaczęła się prawdziwa walka. Karp, co chwila zmieniał kierunek próbując żyłkę przerzucić przez grzbiet. Trzymając rękę na szpuli niemal odruchowo poluzowałem hamulec. Po głowie chodziły mi myśli o źle wykonanym węźle, słabym krętliku i innych niedoróbkach. Już wiedziałem, że takiej ryby jeszcze nie holowałem. Najtrudniejsze było jednak przede mną. Dość stromy brzeg, trzciny po obu stronach i brak pomocy przy podbieraniu nie wróżyły najlepiej. Walka trwała co najmniej kilkanaście minut. W końcu mój przeciwnik się poddał i wylądował w podbieraku.


     Gdy był na macie poprosiłem jednego z sąsiadów z łowiska o zrobienie fotek. Rybę pomierzyłem i zważyłem, 13,50kg i 85cm.- moja pierwsza dwucyfrówka. Nagle poczułem, że opuszczają mnie siły. Mimo, że jeszcze można było trochę połowić, nie pamiętam, kiedy zwinąłem sprzęt, zapakowałem się i...Na chwilę zasnąłem w samochodzie. Ruszyłem dopiero po 15min. Drogi do domu nie pamiętam.

 

 

 

 

     Jeszcze mała uwaga. Część tego artykułu funkcjonuje gdzieś w sieci i użytkownicy mogli już go czytać. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza, a jeśli tak to proszę wybaczyć.
     Większość fotek z karpiami z pierwszego okresu mojego karpiowania ma jedną cechę wspólną, na którą zwrócił uwagę mój przyjaciel. Spytał mnie dlaczego zasłaniam ryby swoimi paluchami. Dziś staram się już tego unikać.

 

Do zobaczenia nad wodą

Jurek

Foto: Jurek



admin_gwiasta, 28-02-2011, odsłon: 703
Komentarze
slawek (0)
(28-02-2011, 22:12:02)
Nic nie szkodzi, że tekst jest powtórzony, brakuję w necie takich artykułów, a w końcu jesteś w KKMata i każdy Twój tekst jest na właściwym miejscu, czyli na tej stronce. Poza tym fajnie jest się dowiedzieć, jak ktoś zaczął karpiować i w jaki sposób zaczął.

Logowanie

Login:

Hasło:


Nowe konto
Galeria losowa
Pogoda

Ostatnio na forum
Statystyki odwiedzin
Dzisiaj wizyt: 22
Dzisiaj odsłon: 51
Ogółem wizyt: 89 796
Ogółem odsłon: 309 962

Goście: 4Aktywni uzytkownicy: 1
Klub Karpiowy Mata 2011
Website engine's code is WebMan